RELACJA MAĆKA Z WYPRAWY NA GROSSGLOCKNER ( 3798 M )

06/10/2013 | Relacje

Grossglockner wrzesień 26.09-29.09.2013 r.

Do wyjazdu doszło przez przypadek. Miałem inne plany ale jakoś nie wypaliło więc zadzwoniłem do Dawida z którym bezskutecznie próbowaliśmy w lipcu zdobyć Kazbek, czy nie ma ochoty wybrać się gdzieś w Alpy tak na cokolwiek. Osobiście miałem jakieś 10 dni czasu więc po cichu liczyłem na Blanca – jeżeli oczywiście pogodo by na to pozwoliła. Niestety Dawid jak to bywa miał jeszcze miej czasu bo tylko 4 dni. Nasz wybór wahał się pomiędzy Wildspitze a Grossglocknerem ale ostatecznie stanęło na Wildszpitze. Do zespołu dołączył jeszcze jeden miłośnik gór – Krystian. Wszystko to działo się w środę 26 września a na wyjazd umówiliśmy się już w czwartek po południu. I jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy. Zapakowałem ekipę do samochodu i w drogę. Jednak już w trasie sprawdziliśmy pogodę i rzutem na taśmę zmieniliśmy decyzję co do góry. Wybór padł jednak na najwyższy szczyt Austrii – Grossglockner. Dojazd zajął nam 12 godzin i już o 4 rano byliśmy na miejscu pod schroniskiem Lucknerhaus na bezpłatnym parkingu. Próbowaliśmy jakoś ułożyć się spać ale troje chłopa w normalnym samochodzie to jednak za dużo. Jak łatwo się domyśleć po paru godzinach, kiedy wstało słońce, wkurzeni wstaliśmy i zebraliśmy się do drogi. Plan zakładał żeby wejść jak najwyżej się da czyli do czwartego schroniska (TAK! licząc od parkingu do szczytu to są aż cztery. Szkoda że jeszcze na grani pod szczytem nie zbudowali). Pogoda podawana w Internecie, jak również ta w schronisku na dole przewidywała zachmurzenie i brak widoczności, co do tej chwili się sprawdzało. Ruszyliśmy we trzech, w każdym z nas inna krew ale każdy za ciężki plecak miał. Do pierwszego schroniska o wdzięcznej nazwie Lucknerhutte dotarliśmy w niecałą godzinę różnica wzniesie jakieś 300 metrów no i skale trudności szlaku określam na taką, że prawie każdym samochodem się dojedzie. Następny odcinek był już ciekawszy ponieważ do trzeciego schroniska Studlhutte było 650 m w górę i co by się nie rozbestwić zaczął się bardzo przyjemny, jesienny, alpejski opad w zależności od wysokości śnieżno wodny i w zależności od kierunku wiatru padało albo z góry na dół albo z dołu do góry. Do schroniska położonego na 2800 m. Dotarliśmy około 13.00. Do deszczu, ciężkiego plecaka i super wypoczęcia doszedł ten subtelny komfort mokrych ciuchów kiedy się je zakłada na rozgrzane ciało. Schronisko było znakomicie wyposażone. Były kaloryfery do suszenia wszystkiego – co prawda wyłączone, ale były. Można było założyć kapcie zamienne. W restauracji serwowano golonki z piwem, a w powietrzu roznosił się zapach gorącej czekolady. Wiadomo – Alpy. Tu się oddycha! Toaleta była jedna na 100 osób. Do tego świetne połączenie z Internetem i pełny zasięg komórkowy. Czekaliśmy jakiś czas licząc że jednak się wypogodzi, no i się nie doczekaliśmy. Męską decyzją wzięliśmy sobie nocleg na miejscu za 22 euro od osoby żeby przypadkiem nie przemoczyć śpiwora i namiotów które przecież obowiązkowo musiały z nami zwiedzać te 1000 metrów podejścia. Analizując prognozy na kolejny dzień nastawiliśmy budziki na 2 w nocy żeby wystartować jak najwcześniej. O dziwo wstaliśmy o zakładanej godzinie. To już był piątek. O 3 w nocy ruszyliśmy w drogę. Pogoda była dobra nawet miejscami było widać gwiazdy ale oczywiście nie nad szczytem, żebyśmy nie mieli za łatwo. Pozytywne nastroje panowały dzięki uldze jaką sprawiło nam wypakowanie kilku ciężkich rzeczy, które najprawdopodobniej nie powinny nam być potrzebne. Trasa na początku pięła się ścieżką w górę następnie wchodziła na lodowiec. Taki trochę średni lodowiec ponieważ bardziej przypominał pod stopami pole kartofli zasypane śniegiem. Ale za to posiadał świetnie wydeptaną ścieżkę przez naszych poprzedników. Tym lodowcem dochodzi się na wysokości 3100 m. do ściany skalnej ubezpieczonej via ferratą. Stalowa lina prowadzi prawie pionowo w górę co przy otaczających nas ciemnościach dodawało smaczku wycieczce. Później jest jeszcze jedno pole śnieżne gdzie trochę pobłądziliśmy w szukaniu wejścia na kolejną fregatę. I tą już na stale ubezpieczoną trasą doszliśmy około godziny 06.30 do ostatniego schroniska Erzherzog Johann Hütte tam jak zwykle godzina przerwy, przecież trzeba odpocząć, a pogoda ma się zepsuć dopiero około 12 w południe. Ze schroniska wychodzi się przez następny lodowiec w kierunku wyraźnej rynny śnieżnej, którą wiedzie droga na szczyt. Nachylenie zwiększa się stopniowo, aż do momentu gdzie należy już odstawić kijki i złapać za czekan. Następnie dochodzi się o głównej grani prowadzącej na kulminację Kleinglocknera – drugiego szczytu znajdującego się na trasie na ten właściwy. W tym miejscu zaczynają się problemy i to wcale nie te związane z trudnościami trasy. Największym zgrzytem jest rzesza turystów idących z przewodnikami. Związani liną idą w tzw. tramwaju i dosłownie wchodzą na głowę mijanym innym ekipą. Depczą rakami po linie, ześlizgują się, zrzucają na głowę śnieg i kamienie no po prostu masakra. Poproszeni żeby zaczekali minutę dopóki Krystian nie dojdzie do punktu asekuracyjnego negują prośbę po czym ładują się bokiem po skałach gdzie jest jeszcze trudniej i tylko patrzeć jak, któryś walnie z całą swoją ekipą zaczepiając naszą linę i ściągnie nas w dół. A miejsce już nie jest takie komfortowe. Wąska, alpejska grań pokryta śniegiem. Co jakiś czas wmurowane są tyczki stalowe o które zawija się linę lub wpina karabinek ale wyminięcie staje się poważnym problemem. Do tego co parę metrów skała ustawia się bardzo stromo i wejście zahacza o normalną wspinaczkę lodowo skalną. Po niedługim, czasie doszliśmy do siodła pomiędzy dwoma szczytami i tam utknęliśmy na całą godzinę. Super sprawa patrzysz na zegarek – jest 11.30 pogoda ma się popsuć za pół godziny a ci debile walczą o minięcie się na jakimś pionowym, wystawionym na ekspozycje odcinku. Widząc ten cały cyrk woleliśmy czekać i się doczekaliśmy. Wszystkie komercyjne wycieczki w końcu zeszły robiąc nam miejsce. Trzeba było się opuścić na ferracie troszeczkę w dół i zostało kilkadziesiąt metrów łatwej wspinaczki do szczytu na którym stanęliśmy punkt 12.00 więc po 9 godzinach od wyjścia ze schroniska co jest swoistym rekordem grzebalstwa. Kilka fotek i na dół. Zejście okazało się trudniejsze niż wejście ponieważ nie podjęliśmy ryzyka lotnej asekuracji i do czasu, aż nie osiągnęliśmy poprzedniej rynny śnieżnej stosowaliśmy stałą asekurację. Wydłużyło to trochę czas zejścia ale dało komfort psychiczny. Pogoda znowu się nam nie sprawdziła ponieważ się wypogodziło a miało się zepsuć, czym akurat w tej sytuacji się nie przejmowaliśmy. Około 15.00 byliśmy w schronisku Erzherzog Johann Hütte. Nie mogę ukrywać, że jakoś zmęczeni byliśmy, a trzeba jeszcze zejść do samochodu i jechać do Polski. Taki trochę szalony plan musieliśmy zrealizować. Do schroniska Studlhutte doszliśmy o zachodzie słońca i po godzinnej przerwie regeneracyjnej praktycznie zbiegliśmy  na dół. Około 22.00 ruszyliśmy w drogę powrotną do Krakowa i o dziwo dojechaliśmy bez większych problemów

Podsumowanie

Pomysł trochę szalony. Ponieważ zrobiliśmy wszystko łącznie z przejazdem w 2,5 dni. Najgorsze było zejście do parkingu po ataku szczytowym. Z drugiej strony wiedzieliśmy że tego konkretnego dnia ma być pogoda i tak się stało co pozwoliło osiągnąć cel. W schroniskach jest praktycznie wszystko od pryszniców po wyżywienie i są naprawdę w niewielkiej odległości od siebie. Całe podejście jest niesamowicie urozmaicone ponieważ idzie się drogą bitą przez ścieżki alpejskie, lodowiec, po pionowych skałach ubezpieczonych feratami jak również po grani skalnej niczym nieubezpieczonej. Na pewno nie można się nudzić.

Uczestnicy

Krystian Wiecek

Dawid Zarzeka

Maciej Oszal